sobota, 5 marca 2016

Rodzimy się by żyć, żyjemy by umierać




Recenzja filmu "Earl i ja, i umierająca dziewczyna" (2015)

     Na co dzień raczej unikamy tematu śmierci. Po co zawracać sobie nim głowę? Wiadomo, że kiedyś nadejdzie nieunikniony koniec. Nikt nie mówił, że świat jest sprawiedliwy. "Earl i ja, i umierająca dziewczyna" to opowieść o olbrzymiej niesprawiedliwości. Choć dzieło Gomeza-Rejona wydaje się z pozoru lekką i przyjemną historyjką, z czasem nietrudno dostrzec, że jej wydźwięk niekoniecznie jest tak pozytywny, jak moglibyśmy się spodziewać.

     Greg w swoim liceum jest niczym Szwajcaria z czasów II wojny światowej. Nikomu nie wadzi, z nikim się też nie zaprzyjaźnia. Nie sprawia problemów i nie przynależy do żadnej ze szkolnych grup. Unika nawet jedzenia w szkolnej stołówce, by nie musieć wdawać się z ludźmi w zbędne dyskusje. Jedynym rówieśnikiem, z którym Greg utrzymuje jakikolwiek kontakt, wydaje się być Earl, określany przez niego mianem "współpracownika". Razem od czasu do czasu pracują nad wspólnymi filmami, więc tytuł ten okazuje się w pełni uzasadniony.

     Cała, przez lata wypracowana niewidzialność Grega rozpada się, gdy zostaje zmuszony do przyjaźni z chorą na białaczkę Rachel. Choć z początku sam przyznaje, że odwiedza ją jedynie z polecenia swojej mamy, wkrótce przekonuje się do nieznajomej dziewczyny. Ich wymuszona przyjaźń wkrótce przeradza się w prawdziwą sympatię.

     Narracja prowadzona z punktu widzenia głównego bohatera z początku wydaje się dość nieoczywista. Lekki i niezobowiązujący wstęp opisujący sytuację Grega zupełnie nie sugeruje, że do czynienia będziemy mieć z tak wzruszającą i łapiącą za serce historią. Bohaterowie wykreowani przez pisarza Jessego Andrewsa okazują się być bardzo dojrzali. Dotyczy to zwłaszcza Rachel, która do swojej choroby stara się podchodzić z optymizmem i nadzieją. Dni upływają przyjaciołom na zwyczajnych, codziennych czynnościach. Choć może wydają się dość ekscentryczni, zasadniczo nic nie wyróżnia ich spośród innych licealistów. Choroba Rachel przez długi czas wydaje się niejako tylko dodatkiem i tłem całej opowieści. Dziewczyna ma się całkiem dobrze, uśmiecha się, chodzi na spacery... zachowuje się jak każda nastolatka w jej wieku. O co więc tyle szumu? Wcale nie wygląda na tak umierającą, jak wskazuje sam tytuł. Na dodatek Greg wciąż zapewnia nas, że Rachel wyjdzie z tego cało. Przecież nic jej nie będzie! Otóż w pewnym momencie zdajemy sobie sprawę, że ich życie w żadnym razie nie jest tak kolorowe. Zaczynamy współczuć Rachel, która zwyczajnie traci siły. Choroba nie zna litości.

     Historia ta nie skupia się jednak tylko wokół postaci Rachel i jej pokrytym dziewczyńską drzewiastą tapetą pokoju. Obserwujemy Grega i Earla kręcących kolejne filmy, Grega próbującego zaplanować swoją przyszłość... Mamy okazję ujrzeć całkiem normalne sytuacje z codziennego życia bohaterów. Chociaż tak prosty, film ten zdecydowanie ma w sobie coś hipnotyzującego. Nie wiadomo, czy przez sporą dawkę niedorzeczności czy też przez dystans i lekką kompozycję, film ten naprawdę wciąga!

     Film Alfonso Gomeza-Rejona jest pełen sprzeczności, a tym samym wzbudza w widzu silne, często skrajne emocje. Śmiejemy się z bohaterami, by już chwilę później współczuć im i wraz z nimi cierpieć. Jest to pozycja pod każdym względem warta uwagi. Nie tylko porusza bardzo istotne tematy, ale zwraca również uwagę na elementy rzeczywistości, których my sami na co dzień nie dostrzegamy. Powinniśmy nauczyć się doceniać każdą ofiarowaną nam chwilę. Żadna z nich już nigdy nie wróci.

MOJA OCENA: 8,5/10

Paulina Leszczyńska
Miss_Joker (Filmweb)


sobota, 8 sierpnia 2015

Nie wymachuj mi tym gnatem





Recenzja filmu "Bezwystydny Mortdecai" (2015)


"Bezwstydny Mortdecai" to przepełniona absurdalnym humorem komedia w doborowej obsadzie. Obok wcielającego się w tytułową postać Johnny’ego Deppa możemy podziwiać również między innymi Gwyneth Paltrow, Paula Bettany’ego, Ewana McGregora czy Jeffa Goldbluma. Odpowiedzialność za przeniesienie papierowego pierwowzoru na ekran wziął reżyser "Bez hamulców", David Koepp.

Wydawać by się mogło, że twórcy byli na prostej drodze do sukcesu. "Nie wymachuj mi tym gnatem" Kyrila Bonfiglioliego to rewelacyjny materiał na oryginalną i zapadającą w pamięć produkcję. Książkowa kreacja Mortdecai’a nie pozostawia złudzeń. Wiadomym było, że tak wymagająca rola nie przypadnie w udziale przypadkowej osobie. Padło na specjalistę od ekscentrycznych postaci. Kojarzony głównie z Jackiem Sparrowem Depp, wziął na swoje barki dość spory ciężar. Chociaż jego bezbłędne kreacje w największych burtonowskich przedsięwzięciach robią wrażenie, to jednak jego Mortdecai okazał się jedynie znośny. Główny bohater to nieco zarozumiały i tchórzliwy, a jednocześnie niesamowicie przebiegły i chciwy znawca sztuki, który nie cofnie się przed niczym, by osiągnąć swój cel. Jego farbowane włosy i nadzwyczaj irytujący wąs zdają się jedynie potwierdzać przepływający przez niego fałsz i obłudę.

Specjaliści od charakteryzacji spisali się na medal. Chociaż Depp został w przemyślany sposób przemieniony w Mortdecai’a, to jednak nie on zrobił na mnie największe wrażenie. Zdecydowanie najlepiej prezentuje się pokryty bliznami Paul Bettany, który jako wierny swemu nieodpowiedzialnemu pracodawcy Jock, zdobywa na swym ciele kolejne ślady walk odbytych w obronie samolubnego pana.

Twórcom należy się pochwała za sprawne wybrnięcie z kilku dość niewygodnych wątków. "Bezwstydny Mortdecai" to film pełen absurdów i niedorzeczności. Jest to jednak pikuś przy dziele Bonfiglioliego. Autor nie owijał w bawełnę, a ze swojej powieści uczynił naprawdę niegrzeczne dzieło. Wprowadzone do scenariusza przeróbki okazały się więc niezbędne, by film ten można było oglądać bez niepotrzebnego niesmaku i zażenowania.

Światowej sławy obsada wypadła całkiem nieźle. Depp zagrał Mortdecai’a tak, jak można by było się tego po nim spodziewać. Niestety, tym razem nie wywarł na mnie zbyt wielkiego wrażenia. Być może częściowo odpowiedzialne są za to jego irytujące wąsy i wiecznie ulizane włosy, jednak jego kreacja nie była dla mnie zbytnio przekonująca. Mimo wszystko naprawdę doceniam jego starania i zaangażowanie jakie włożył w swoją postać. Paltrow jako pełna wdzięku Johanna świetnie wypadła na czele piękniejszej części obsady. Bettany w roli walecznego i nieco głupowatego Jocka również zaprezentował się genialnie. McGregor bez zbytnich wrażeń dopełnił drugiego planu. Jego postać nie była zbyt ciekawa i dlatego też trudno obwiniać go o to, że wypadł dosyć płasko i nieciekawie.

Cała fabuła składa się z niewyróżniających się niczym scen, przeplatanych co jakiś czas nieoczekiwanymi zwrotami akcji. Oglądanie "Bezwstydnego Mortdecai’a" przypomina jazdę na rollercoasterze. Całość dramatycznie zwalnia, by chwilę później zaskoczyć widza i znienacka przyspieszyć. Choć pierwszą połowę filmu oglądałam bez większego zaangażowania, druga okazała się znacznie ciekawsza. Im bliżej finału, tym trudniej przewidzieć co wydarzy się dalej.

Choć zapewne niewielu polskich widzów przepada za specyficznym angielskim humorem, jestem przekonana, że każdy znajdzie coś dla siebie. Komizm poczynań bohaterów przedstawiony jest w bardzo przystępny sposób. Nie trzeba więc obawiać się, że coś będzie niezrozumiałe. Zupełnie inaczej sprawa ma się w książce. Choć czytając ją śmiałam wielokrotnie, były sytuacje w których kompletnie nie wiedziałam o co chodzi. Film sprawnie pomija mniej przyjemne części, co bez wątpienia działa na plus i znacznie ułatwia odbiór całości.

"Bezwstydny Mortdecai" nie jest dziełem ambitnym, ani nadzwyczaj zabawnym. Gwarantuje on jednak lekki i niewymagający seans w ciekawej formie. Miłośnicy głupawych komedii i widzowie ze specyficznym poczuciem humoru nie powinni być zawiedzeni.

MOJA OCENA: 6/10

Paulina Leszczyńska
Miss_Joker (Filmweb)

czwartek, 30 lipca 2015

W ciemności



Recenzja filmu "Carte Blanche" 2015

 
Po przeczytaniu opisu filmu, niejeden widz mógłby pomyśleć, że "Carte Blanche" nie przedstawia niczego nowego. Za oceanem powstały dziesiątki filmów o niewidomych i niedowidzących. Czego więc można spodziewać się po najnowszej produkcji niezbyt znanego szerszej publiczności Jacka Lusińskiego? – absolutnie wszystkiego.

Głównym bohaterem jest Kacper (w tej roli genialny Andrzej Chyra) – nauczyciel historii w jednym z lubelskich liceów. Wiedzie zwyczajne, niezbyt ciekawe życie. Dni spędza w pracy, jest singlem, a na dodatek, w wieku 44 lat, mieszka z matką. Wszystko zmienia się jednak po wypadku, który drastycznie zmienia jego dotychczasową sytuację.

Już wkrótce Kacper zaczyna mieć trudności z najprostszymi czynnościami. Nie jest w stanie czytać, ani nie dostrzega stojących na jego drodze przeszkód. Lekarz nie pozostawia mu złudzeń i przedstawia sprawę taką, jaka jest. Może być tylko gorzej. Od tej pory życie Kacpra zmienia się w serię kłamstw i oszustw mających na celu ukrycie jego choroby. Na dodatek właśnie w takim momencie spełnia się jego skryte marzenie – przejmuje wychowawstwo nad klasą maturalną. Jak więc wybrnąć z tak beznadziejnej sytuacji? Belfer nie poddaje się jednak i podejmuje walkę.

"Carte Blanche" przedstawia dramat bohatera z jego perspektywy. Postrzegamy świat jego oczami i mamy dzięki temu możliwość dostrzec, jak szybko postępuje choroba. Widz jest w stanie wczuć się jego położenie, a również się z nim utożsamić. Lusiński w przemyślany sposób dozuje napięcie. Serwuje emocjonujące sceny, w których nie sposób przewidzieć, czy Kacper zostanie w końcu zdemaskowany.

Na ogromny podziw zasługuje występ Andrzeja Chyry, który w mistrzowski sposób przedstawia targające bohaterem emocje. Nie ociera się jednak o śmieszność ani zbędny tragizm. Chociaż nie dotyka skrajności, jego postać jest wyrazista i przekonująca. Na uwagę zasługuje również występ Arkadiusza Jakubika, który jako wspierający Kacpra Wiktor, nieco rozjaśnia coraz mroczniejszą codzienność mężczyzny. Z żeńskiej części obsady wyróżnia się Eliza Rycembel, z którą to Chyra współpracował wcześniej przy okazji "Obietnicy". Jako ekscentryczna, acz bardzo inteligentna Klara, prezentuje się nadzwyczaj interesująco. Sprytna dziewczyna szybko dostrzega zmiany w zachowaniu nauczyciela. Okazuje się również niebywale pomocna w ukrywaniu przed światem jego tajemnicy, a dzięki temu, również w utrzymaniu swojej dotychczasowej posady. Nie zachwycił mnie jednak występ Urszuli Grabowskiej, która jako wiecznie naburmuszona Ewa jedynie wzbudzała moją irytację. Jej oschłość i brak współczucia nie pozwoliły mi żywić do jej bohaterki cieplejszych uczuć.

"Carte Blanche" nie jest przyjemną bajką ze szczęśliwym zakończeniem. Ci, którzy liczą na nieoczekiwany happy end i cudowne uzdrowienie bohatera, mogą się bardzo rozczarować. Jest to film o prawdziwym człowieku, Macieju Białku, który stał się inspiracją dla postaci Kacpra. Jest to historia człowieka, który nie poddał się nawet, gdy świat nie pozostawił mu już nawet iskierki nadziei. To właśnie czyni ten film wyjątkowym. To nie zmyślona historia mająca jedynie na celu pokazanie widzowi, że inni mają gorzej. To prawdziwa, pokrzepiająca opowieść o pokonywaniu przeciwności losu.

Lusiński przedstawił w swoim filmie przepełnioną skrajnymi emocjami historię od której nie sposób się oderwać. Sprawnie buduje napięcie i gra na uczuciach widza, przeplatając ze sobą wesołe, smutne, a także niepokojące sceny. Wycisnął z tej historii tyle, ile tylko się dało. Rezultat przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. "Carte Blanche" to film, który jest wyjątkowy w swej prostocie. Bez niepotrzebnych ozdobników reżyser pokazuje szare życie głównego bohatera. Nie przedstawia go jako męczennika, lecz również nie podnosi go do rangi bohatera. Ujawnia zarówno jego wady, jak i zalety. Nie stara się wybielić jego postaci. Pozostawia widzowi wolną rękę i umożliwia samodzielną ocenę Kacpra.

W ostatnich latach w polskim kinie pojawiło się zaledwie kilka wartych uwagi pozycji. Myślę jednak, że "Carte Blanche" można śmiało zaliczyć do tego elitarnego grona. W tej sytuacji nie pozostaje mi więc nic innego, jak tylko film ten szczerze polecić.  

MOJA OCENA: 7/10

Paulina Leszczyńska
Miss_Joker (Filmweb)

czwartek, 23 lipca 2015

Fatum Katherine


Recenzja książki "19 razy Katherine"


"19 razy Katherine" to moje piąte już spotkanie z twórczością Johna Greena. Niestety, po raz kolejny, owo spotkanie okazało się dla mnie nadzwyczaj rozczarowujące. Pisarz ten zasłynął na całym świecie powieścią "Gwiazd naszych wina". Nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ książka ta okazała się genialna - sama jestem jej wielką fanką. Niestety, za każdym razem, gdy sięgam po kolejną powieść Johna Greena, moja sympatia do jego twórczości słabnie. Na okładce jest on określany mianem "kultowego". W tej sytuacji mam prawo spodziewać się po jego książce czegoś naprawdę wielkiego. Może jestem nieco zbyt wymagająca, jednak jego powieści, spośród setek innych, nie wyróżnia nic.
Głównym bohaterem "19 razy Katherine" jest Colin – chłopak, spotykający się jedynie z dziewczynami o tytułowym imieniu. Sama koncepcja wydawać mogłaby się dość niedorzeczna. Jak bowiem imię może decydować o tym, czy kogoś pokochamy? Uznać można jednak, że ów kultowy pisarz amerykański zręcznie wybrnie z tej patowej sytuacji. Niestety im dalej, tym gorzej. Colin to aspołeczny geniusz, którego nerdowska nawijka niejednego czytelnika mogłaby wyprowadzić z równowagi. Z każdym kolejnym rozdziałem coraz bardziej zastanawiało mnie, jak kilkanaście dziewczyn byłoby w stanie wytrzymać z takim sztywniakiem?! Cóż, to tylko fikcja.
Liczne, kompletnie niezrozumiałe wywody matematyczne i pseudofilozoficzne przemyślenia bohaterów jedynie pogarszają sytuację. Przyznam, że wszystkie strony z wykresami, z ulgą pomijałam.
Cała fabuła oparta jest na dosyć niedorzecznym i ryzykownym pomyśle, który w moim przypadku, kompletnie się nie przyjął. O ile wcześniejsze powieści Greena wzbudzały we mnie chociażby drobne emocje, o tyle "19 razy Katherine" jedynie mnie denerwowała. Nie zżyłam się z żadnym z bohaterów, a to, co dalej się z nimi wydarzy, było mi zupełnie obojętne.
John Green rozczarował mnie już wiele razy, lecz wciąż, z wielką nadzieją, kupuję jego kolejne powieści. Nadal wierzę, że uda mu się powtórzyć sukces "Gwiazd naszych wina" i że stworzy on parę równie zapadającą w pamięć jak Hazel i Gus. Niestety, nic tego nie zapowiada, a mnie pozostaje tylko cierpliwie czekać...

MOJA OCENA: 5/10

Paulina Leszczyńska
Miss_Joker (Lubimy Czytać)

piątek, 26 czerwca 2015

W SIECI KŁAMSTW






 Recenzja filmu "Loft" 2014

Mężczyzna spada wprost na zaparkowany pod budynkiem samochód, naga blondynka zostaje odnaleziona martwa w ekskluzywnym apartamencie, a pięciu mężczyzn, podejrzewając siebie nawzajem, próbuje odnaleźć winnego. Pierwsze minuty filmu zwiastują więc ciekawy i trzymający w napięciu seans. Sam Van Looy od samego początku zasypuje widza efektownymi scenami, które mogą intrygować, ale i niepokoić.

Karl Urban, James Marsden, Wentworth Miller, Eric Stonestreet i Matthias Schoenaerts to pięciu wspaniałych, którzy mieli wprowadzić powiew świeżości do historii, którą sam Van Looy przedstawił siedem lat wcześniej w belgijskiej wersji filmu. Ostatni z aktorów zagrał zresztą wówczas bohatera o tym samym imieniu. Można więc zadać sobie pytanie, czy Erik Van Looy nie miał pomysłu na nowy film? Czy odgrzewanie starych kotletów i przyklejanie im hollywoodzkiej etykiety miało sens? Tego dowiedzą się jedynie ci, którzy zapoznali się z wcześniejszą wersją filmu. Warto również dodać, że w 2010 roku Holenderka Antoinette Beumer, stworzyła swoją własną wersję "Loftu". Żadna historia sprzedawana tyle razy nie może więc już chyba zaskakiwać.

Nie mając pojęcia o istnieniu europejskich wersji filmu, z wielką przyjemnością sięgnęłam po produkcję z 2014 roku. Znane nazwiska, ciekawy plakat i intrygujący slogan skutecznie zachęcają do seansu. Jednocześnie widniejące na polskim plakacie kasowe tytuły, takie jak "Matrix" czy "Sherlock Holmes", entuzjastów kina raczej nie powinny odstraszyć.

Trzeba przyznać, że Van Looy już w pierwszych minutach przechodzi do rzeczy. Bez wstępnych ceregieli przedstawia widzowi jak się sprawy mają i bez uprzedniego wprowadzenia, prezentuje trupa. Zwłoki blondynki o rzekomo nieznanej bohaterom tożsamości zostają odnalezione w tytułowym "Lofcie", czyli miejscu schadzek bohaterów z kochankami. Jako, że oprócz nich, nikt nie miał o nim pojęcia, zaniepokojonym mężczyznom nasuwa się jeden, prawdopodobnie bardzo słuszny wniosek - wśród nich musi być morderca. Zaczyna się więc przepełniona kłamstwami, emocjonująca i bezlitosna walka o przetrwanie.

Z początku żaden z nich nie wzbudza podejrzeń. Wszyscy są wyraźnie zszokowani i zaskoczeni. Czy w takim razie jeden z nich dobrze udaje? Van Looy wprowadza do fabuły rozbudowane retrospekcje, które przybliżają nam sylwetki bohaterów i wyciągają na wierzch ich grzeszki. Przedstawiając życie jednego z bohaterów, pokazuje jego prawdziwe oblicze i kieruje podejrzenia w jego stronę. Kiedy jednak po raz kolejny cofa się w czasie i przedstawia kolejnego z podejrzanych, również jego czyni możliwym winowajcą. Reżyser bawi się z widzem i wciąga go w swoją niebezpieczną zabawę. Trzeba oddzielić fikcję od prawdy i spróbować znaleźć mordercę. Czasu jest coraz mniej, presja rośnie, a kolejne fakty wprowadzają do fabuły jeszcze więcej zamętu.

Odtwórcy głównych ról spisali się nienagannie. Każdy z nich bardzo dobrze oddał charakter swojej postaci. Sceny seksu i nagości niejednokrotnie nadawały całej fabule powierzchownej przedmiotowości i odwracały uwagę od zaprezentowanej gry aktorskiej, jednak Van Looy zachował w tym względzie umiar. Nie pokazał za dużo, a i ograniczył erotykę do koniecznego minimum. Nikt nie powinien być więc zniesmaczony.

Van Looy w przemyślany sposób dozuje niezbędne do rozwiązania zagadki fakty tak, by nie zniechęcić widza zbyt szybko. Olbrzymią zaletą filmu okazuje się oszczędność, z jaką dozuje informacje. Każdy, kto zaangażuje się w fabułę, będzie ostatecznie chciał się dowiedzieć, czy jego  podejrzenia okażą się słuszne. Belg sprawnie snuje opowieść, którą widz sam musi poskładać w całość. Brak chronologii i nieład w sposobie przedstawienia przeszłości bohaterów nie ułatwia dotarcia do sedna, jednak pozwala jednocześnie na samodzielne poskładanie faktów.

Długo wyczekiwany finał okazuje się zaskakujący, lecz niejeden widz uzna go za zbyt prosty. Sama spodziewałam się czegoś zupełnie innego, jednak przygotowany na mecie element zaskoczenia, w moim przypadku zdał egzamin. Chociaż "Loft" jest powielonym wcześniej pomysłem i nie wnosi niczego nowego do światowego kina, jest ciekawą pozycją i bardzo skutecznym zabijaczem czasu. Sama nie wiedziałam, kiedy ten niespełna dwugodzinny seans dobiegł końca. Fani thrillerów chyba nie powinni mieć więc powodów do narzekań.

MOJA OCENA: 6/10

Paulina Leszczyńska
Miss_Joker (Filmweb)

środa, 6 maja 2015

DAR CZY PRZEKLEŃSTWO?



Recenzja filmu "Papusza" (2013)



"Papusza" to minimalistyczne dzieło oddziałujące na zmysły. Obok świetnych zdjęć pojawia się także klimatyczna muzyka, która świetnie wpasowuje się w historię przedstawionego w filmie taboru.

Joanna i Krzysztof Krauze postanowili stworzyć film o wyjątkowej kobiecie. Bronisława Wajs, bo o niej mowa, była romską poetką, której talent przysporzył niemało problemów. Jako reprezentantka kultury niepiśmiennej, od samego początku spotykała się z szykanami ze strony taboru. Nikt z jej towarzyszy nie był w stanie pojąć, dlaczego tak bardzo zależało jej na zdobyciu wykształcenia. Cyganom nie było ono potrzebne, a co za tym idzie, ich żonom tym bardziej.

Sceny z życia dorosłej Papuszy (Jowita Budnik) przeplatają się z losami jej jako małej dziewczynki. Odbiór filmu byłby znacznie łatwiejszy, gdyby reżyserowie postawili na chronologię i dzieciństwo poetki potraktowali jako wstęp do kolejnych wydarzeń. Konsekwentnie trzymali się jednak swojej koncepcji i do samego końca przeplatali wydarzenia z różnych etapów życia bohaterki.

Tym, co od razu przykuwa uwagę jest fakt, że film utrzymany jest w czarno-białej kolorystyce. Zabieg ten nadaje zaprezentowanym widokom swego rodzaju surowego piękna. Długie kadry przedstawiające polską naturę umożliwiają lepsze zapoznanie się z miejscem akcji i wczuciem w klimat filmu. Obserwując przemierzający kraj tabor, odczuwałam pewien rodzaj niepokoju przeczuwając, że ich spokój to jedynie cisza przed nieuniknioną burzą. Ową burzą okazuje się wkrótce Jerzy Ficowski (Antoni Pawlicki), obiekt zmartwień zahukanej Cyganki. Wydając jej prace, skazał Papuszę na potępienie towarzyszy, którzy nie byli w stanie pogodzić się z ujawnieniem ich największych tajemnic.

Pierwsza część filmu przedstawia ogólny zarys romskiej kultury i trybu życia Romów. Dzięki czarno-białej kolorystyce, reżyserom udało się uniknąć kiczu. Przepych cygańskiej tradycji w postaci wielobarwnych strojów i hucznych biesiad mógłby wypaść tandetnie i nieprzekonująco. Uniknięto dzięki temu przerostu formy nad treścią, co mogłoby oderwać uwagę widzów od poważnej tematyki. Choć zdjęcia są piękne, pełnią jedynie funkcję dodatku do najistotniejszej części, czyli historii Papuszy.

Zawężona kolorystyka symbolizować mogłaby także etapy życia Papuszy. Chociaż jej życie nigdy nie należało do prostych, była jednak akceptowana przez tabor. Żyła wśród "swoich" w zgodzie i pokoju, do czasu, gdy Ficowski podjął niewłaściwą decyzję. Wtedy też nadchodzą złe i mroczne czasy dla Papuszy. Poetka zostaje odrzucona przez rodzinę. Cyganie wstydzą się jej i obwiniają o ujawnienie tajemnic. Nie rozumiejąc, że to nie ona zawiniła, obarczają ją odpowiedzialnością za wszystkie niepowodzenia.

Jowita Budnik w tytułowej roli spisała się świetnie. Jako wystraszona i odrzucona kobieta wzbudziła moje szczere współczucie. Najsłabszym punktem okazał się Antoni Pawlicki. Nie spodziewałam się po nim wiele i też wiele nie otrzymałam. Jako Ficowski niczym mnie nie zaskoczył. Zagrał mężczyznę, który w życiu Papuszy odegrał znaczącą rolę, jednak we mnie nie zbudził żadnych emocji. Dobrze spisał się natomiast Zbigniew Waleryś, który w roli Dionizego Wajsa, despotycznego męża Papuszy, świetnie przedstawił złożoność jego osobowości. Jego bohater nie był przecież jednoznacznie dobry ani zły. Choć tak jak reszta, miał pretensje do żony, w końcu postanowił stanąć po jej stronie,

Nie można odebrać państwu Krauze kilku naprawdę udanych decyzji, które niechybnie podziałały na plus, jednak ogółem, "Papusza" niczym mnie nie zachwyciła. Potwierdza natomiast stereotyp Cygana – złodzieja. Choć pokazuje, że ich zachowanie wynika z  różnicy przekonań między nimi a Polakami, bezsprzecznie jednak opinię tę podtrzymuje. Jest to opowieść o niezwykłej kobiecie i chociaż sam film wielu osobom do gustu nie przypadnie, to chociażby dla ciekawych doznań estetycznych, warto. 

MOJA OCENA: 6/10

Paulina Leszczyńska
Miss_Joker (Filmweb)

niedziela, 3 maja 2015

CZY TO PRZYJAŹŃ? CZY TO JEST KOCHANIE?



Recenzja filmu "Love, Rosie" (2014)


Największy bestseller Cecelii Ahern doczekał się swojej ekranizacji w 2007 roku. Film "PS Kocham Cię" wraz z niezapomnianymi kreacjami Hilary Swank i Gerarda Butlera skradł serca milionów widzów na całym świecie. 2014 rok przyniósł do kin ekranizację kolejnej, jakże udanej, powieści tej pisarki.

Rosie i Alex są przyjaciółmi od najmłodszych lat. Spędzają ze sobą każdą wolną chwilę i dzielą się wszystkimi sekretami. Wszystko wydaje się być w porządku, kiedy okazuje się, że przyjaźń damsko-męska to zwykła fikcja, która prędzej czy później musiała zostać zdemaskowana. Wyjazd Alexa do Bostonu boleśnie uświadamia bohaterom, co tak naprawdę ich łączy. Niestety, życie zaplanowało już dla nich scenariusz.

Komedie romantyczne można lubić lub nie, jednak umieszczanie wszystkich na jednej półce, mogłoby okazać się bardzo krzywdzące. "Love, Rosie" choć przepełniony jest zabawnymi epizodami i śmiesznymi tekstami, nie jest pozbawiony także wielu momentów wzruszających. Choć większość filmów tego gatunku ogląda się raczej bez żadnych emocji i uczuć, to jednak obok "Love, Rosie" nie można przejść obojętnie. Genialne kreacje Lily Collins i Sama Claflina jedynie dodają tej produkcji niepowtarzalnego uroku. Para na ekranie wypada wprost nieziemsko. Można śmiało zaliczyć ich do jednych z najlepiej dobranych ekranowych duetów ostatnich lat. Collins znana głównie z "Porwania" czy "Darów Anioła: Miasta kości" nigdy nie zachwycała swoją grą aktorską. Tutaj jednak wypadła niebywale przekonująco. Bardzo miło mnie zaskoczyła, zważywszy na fakt, że wcześniej prezentowała się raczej przeciętnie. Zupełnie inne nadzieje żywiłam wobec Claflina, którego występ w "Klubie dla wybrańców" wprost mnie zachwycił. Pomimo wygórowanych oczekiwań, również jego grze nie jestem w stanie niczego zarzucić.

Fabuła powieści dzieje się na przestrzeni 45 lat, jednak w filmie czas ten został skrócony do 12. Niestety, w wyniku tej decyzji cała opowieść pozbawiona została unikalnego charakteru, który dostrzegalny jest w książkowym pierwowzorze. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Obyło się bez spotkania z charakteryzatorem, który zmuszony byłyby postarzyć dwójkę młodych i pięknych aktorów.

Nie można zapominać o odtwórcach ról drugoplanowych. Jaime Winstone jako nieprzewidywalna Ruby wypadła lepiej, niż mogłabym się spodziewać. Jako dobra przyjaciółka Rosie, wspierała ją nawet w najtrudniejszych chwilach. Suki Waterhouse w roli Bethany wypadła nieprawdopodobnie irytująco. Udało jej się perfekcyjnie oddać charakter tej, jakże nieprzyjemnej, postaci. Nie można zapominać również o Christianie Cooke, który w roli gamoniowatego i podstępnego Grega, również wprowadził niemało zamętu w życiu obojga głównych bohaterów.

Twórcom należą się ogromne brawa. Zekranizowanie książki, która składa się z różnego rodzaju maili, smsów czy listów to nie lada wyczyn. Postanowiono jednak nie iść tym tropem i postawiono na tradycyjną formę, co bez dwóch zdań było dobrą decyzją i znacznie ułatwiło odbiór całej opowieści.

"Love, Rosie" to jedna z najoryginalniejszych i najciekawszych komedii romantycznych ostatnich lat. Film ten nie podąża utartymi schematami, lecz zaskakuje tworząc nowe. Oglądając dzieło Christiana Dittera nie wiemy, czego możemy się spodziewać. W komediach romantycznych jakiegokolwiek elementu zaskoczenia można by szukać ze świecą. "Love, Rosie" przepełniony jest jednak zwrotami akcji i intrygami, które choć mogą niepokoić, znacząco uatrakcyjniają całą fabułę.

Nasz wieszcz narodowy, Adam Mickiewicz pisał kiedyś: "Czy to jest przyjaźń? czy to jest kochanie?". Bohaterowie najwyraźniej zadali sobie to pytanie zbyt późno. Kiedy zdali sobie sprawę ze swoich uczuć, okazało się, że teraz już nic nie można zrobić. Próbowali odnaleźć szczęście gdzie indziej, wiedząc jednocześnie, że spełnienie w życiu da im tylko jedna osoba. Historia Rosie i Alexa, choć fikcyjna, powinna uświadomić każdemu z nas, że skrywanie swoich uczuć i liczenie na to, że kiedyś osłabną, jest największym z możliwych błędów. 

"Love, Rosie" to film dla każdego, bowiem każdy z nas może utożsamić się z którymś z bohaterów. Żadna z przedstawionych postaci nie jest wyidealizowana. Są to zwyczajni, nie pozbawieni wad ludzie, którzy próbują odnaleźć w życiu szczęście. Wplątują się w zawiłości losu i szukają miłości daleko, nie zdając sobie sprawy, że mają ją na wyciągnięcie ręki. Dlatego też lepiej nie tracić przytomności w osiemnaste urodziny. Gdyby nie nadmiar alkoholu, życie bohaterów potoczyłoby się zupełnie inaczej.

MOJA OCENA: 8/10

Paulina Leszczyńska
Miss_Joker (Filmweb)